Nie pomogli mi uratować łabędzia Drukuj
Wydarzenia
Środa, 03. Luty 2010 13:09

Pani Elżbieta Talarek znalazła zmarzniętego łabędzia w Płatkowniczy nad Bugiem. Wykonała dziesiątki telefonów do różnych instytucji, by ktoś zajął się ptakiem.
Gdy po wielu trudach udało się jej uprosić wójta Sadownego o przysłanie weterynarza. Łabędź padł jednak tuż przed jego przyjazdem.
W ubiegłym tygodniu brat pani Elżbiety, która ma domek letniskowy w Płatkownicy, przyjechał do niej w odwiedziny. Kobieta, mimo mrozów, wypoczywała w weekend na swojej działce. Brat powiedział jej, że widział w polnym rozlewisku zamarzniętego łabędzia.
Pani Ela razem z bratem powiadomili straż pożarną, żeby uwolnić osłabionego i ledwie żywego ptaka.
Był osłabiony
Akcja została przeprowadzona błyskawicznie. Już po kilku chwilach łabędź znalazł się w domu kobiety. - Dałam mu jeść i zrobiłam posłanie z gazet - opowiada pani Ela.
- Był tak osłabiony, że postanowiłam poszukać instytucji, która zajęłaby się nim. Dzwoniłam do warszawskiego ZOO. Tam powiedzieli mi, że owszem wezmą go, ale muszę sama zorganizować transport. Szukałam pomocy w innych instytucjach, zajmujących się opieką nad zwierzętami. Wszędzie to samo. Mówili, że trzeba przywieźć, to wtedy może się zajmą. A ja, niestety, nie miałam czym.
Kobieta trzy noce opiekowała się łabędziem. Dopiero w poniedziałek, gdy zaczęły pracować urzędy, zadzwoniła do gminy w Sadownem. - Tam jedna pani powiedziała mi, że ludzie marzną, a ja rozpaczam nad jakimś ptakiem. Wójt Sadownego obiecał, że zaraz przyśle lekarza weterynarii - opowiada.
 

Więcej w "Życiu Siedleckim" z dnia 5 lutego

Zmieniony ( Środa, 03. Luty 2010 13:15 )
 
yvComment v.1.17.1